Oświadczyłam niedawno mezowi ze lece do Paryza. Tak jak przypuszczalam, nie mial nic przeciwko.
W prawdzie poczatkowo cos wspominal, ze on i dzieciaki jada ze mna, ale w koncu stanelo na tym ze lece ja z Ewa.
Kilka dni pozniej zastal mnie przed kompem szukajaca polaczen. Z noclegiem problemu nie ma, bo po 1 hotel mam sprawdzony w centrum, po 2 kolezanka wspominala, ze jakbym byla w okolicy moze mnie przenocowac ;-)
dosiadl sie do mnie i pyta:

– na dlugo chcesz leciec?

– 3-4 dni…

– Ewe bedziesz nosila w chuscie caly czas?

– myslalam zeby wziac parasolke

– mhm, a pampersy wezmiesz z Polski czy kupisz na miejscu?

i w tym momenciedotarlo do mnie ze na te 3 dni bede musiala zabrac 2 torby lub 1 wieksza, wozek i dziecie z racji tego ze jeszcze nie mobilne robic bedzie rowniez za tobolek. Dotarlo do mnie ze Notre Dame, moze stanowic wyzwanie dla mnie, ze forsowanie metra rowniez latwe nie bedzie, ze na zelazna dame rowniez nie wjade, choc obiecalam sobie ze nastepnym razem juz napewno… To wszystko do mnie dotarlo i odeszlam od kompa.

Poczekam jeszcze. Moze za rok, moze za poltora… Chociaz teskni mi sie bardzo.