trzeciadziesiatka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Kilka faktow.

7 marca Młody wróciła ze szkoły z gorączką 39,5. Z mety lekarz.

9 marca Młoda dołączyła do brata.

Oboje wyzbierali się do 12 marca. Z katarem pojechali na tydzień na narty. Na zostałam sama w domu. „ledwo” zamknęły się za nimi drzwi i już 13 marca zmogło mnie choróbsko. Katar, kaszel, 39 stopni gorączki ( w wersji dla męża, który się nartował w tym czasie – niecałe 38). Tydzień dogorywania w samotności. Ciekawe doświadczenie. Polecam tym co nie przerabiali. Ci co mają chęć i możliwość dla urozmaicenia doznań mogą najpierw zajść w ciążę.

Wyzbieralam się.

Rodzinka wróciła do domu. Wszyscy zdrowi i radosni.

21 marca Młodzi poszli do szkoły, by juz 23 marca Młody mial piękną gorączkę i jak się okazalo dzien później, jeszcze piękniejszą anginę. Antybiotyk.

Nadmienię delikatnie, że mąż znów poza domem. No i oczywiscie nie może byc tak, że slomiany tydzień mija łatwo, lekko i przyjemnie, tak więc dziś Mloda dołączyła do brata. Jeszcze nie wiem co się wykluje. Na razie chodzi jak cień, popłakuje to tu, to tam. Poklada się i śpi co chwilę. Ogólnie skarzy się na brzuch, glowę i chęć oddania co kryje w sobie. Stan podgorączkowy tez ja juz dopadl.

A ja? Jak ja się czuję? Jak młody bog. Mam inne wyjście? Nawet jesli coś mi jest to nie mogę tego dopuścic do siebie, bo co zrobie? Mogę jedynie liczyc sama na siebie.

Małż wraca w sobote popołudniu. Całą niedziele pozwolę się obsługiwać, będ leżeć i pachniec, i w dupie miec wszystkich i wszystko. Dosłownie.

Pies się łasi, kot warczy i gryzie a świnie… świnie ćwierkają. Jak ptaki. Serio.

Ale mam dziś darcie na żarcie. Mam już za sobą 4 sniadania i nadal jestem głodna!!! A potem sie dziwię że w moje gacie możnaby zlapać całą ławicę dorszy.

Pierwszy szok minął i dzika radość zamieniła się w ogromną radość, więc mogę napisać coś więcej ;-)

Myszka nasza waży na chwile obecna 420g, zapobiegawczo ułozyła się główką na dół – przewidująca jest, albo majtstruje coś przy wyjściu… Cichaczem, milimetr po milimetrze drąży tunel na zewnątrz ;-) Ot, taka cicha woda ;-)

Koniecznie chciałam zobaczyc jej buzię, ale niestety. Mycha spala w najlepsze, zwinięta jak rolmopsik. Obie stopki miała na buzi. Próbowałam ja obudzić i lekarka także co jakis czas ją poszturchiwala (wiem, niedobre babska jesteśmy), ale jedyne co uzyskalysmy to widok dziecka mlaskającego :-D Stwierdzilam, ze pewnie Młoda nas ochrzania za te kuksańce i dałyśmy jej dalej spać w pozycji rolmopsikowej :-D

Dzieki temu jednak że spala w takiej a ni innej pozycji, dokladnie można było stwierdzic ze to dziewczę jest a nie chłopczyk :-)

Tak więc w domu trwa debata nad imieniem. Jakos do tej pory łatwiej było nam wybrać dla chłopca imię i te mieliśmy już ustalone. 

No i nic. Będziemy myślec ;-)

DZIEWCZYNKA!!!!! 

Dzień jak codzień, a mimo to jednak nie…

O 10.00 mam badania tzw. połówkowe. Okaże sie czy z maluchem w porządku, zbadają go/ją pod kazdym kątem i w kazdym miejscu. Dowiem się czy serducho pracuje jak nalezy, czy nerki sa i płucka i wszystko…

Niby cieszyc się powinnam, ale jakis taki strach we mnie siedzi.

Rodzina naciska żebym wywaid zrobila czy to on czy ona, a ja chyba nie chcę wiedzieć. Fajnie tak do końca miec niespodziankę, przecież teraz zostało juz tak niewiele… 

Gdyby mężowi nie zależało żeby znać płeć to zrobilabym wszystko żeby się nie dowiedzieć, ale on chce ją znać. W sumie ma prawo.

A i mnie chyba łatwiej bedzie wiedząc czy mogę kupować sukienusie czy raczej skupić się na porciętach.

Tak czy siak, trzymajcie dzis kciuki od 10.00

Założylam dziś zapomniane spodnie dresowe. Gumka nie objęła mnie w pasie…

A jednak to prawda co mowią na mieście… w ciąży rośnie brzuch… ale żeby aż tak?

O mnie

Brak komentarzy

Waleczna sie zrobiłam, hormonki dają czadu. Sama siebie nie poznaję. A do tego zdziebko chamska jestem, ale mi z tym dobrze…

Do rzeczy.

Wczoraj odwiedziłam mój ulubiony sklep „na skrzyżowaniu”

Wziełam dwa koszyczki, włożylam je do specjanego wózka i zasuwam między półkami. Przy kasie olśniło mnie ze towar jaki ledwo mieścił się w owych koszyczkach, jest jakby za cieżki zebym mogła przytachać go „w rencach” do auta. Nic to, postanowiłam wytargać koszyczki ze sklepu (u nas jest zakaz takich działan)

Już w drzwiach dopadł mnie ochroniarz:

 - Proszę pani, nie wolno wychodzic z tymi koszykami ze sklepu

 - A przepraszam, nie wiedzialam. To proszę moze mi pan pomoże… Proszę wziąć te dwie siaty, są dość ciężkie a ja w ciąży nie mogę takich ciężarów nosić (wredna ja)

Facet zgłupiał… ale nie daje za wygraną:

 - Tu sa kosze (wiecie te wielkie takie na monety), proszę sobie przepakować zakupy i zawieść do samochodu (idiota)

 - A pozyczy mi pan złotówkę – odparowalam mu w sekundzie – nie mam drobnych… (tu maślane oczy)

Jakby to była kreskówka, to pod wpływem pary która uszla gościowi wszystkimi możliwymi dziurami, byloby słychac jeden mega głośny gwizd.

 - Niech pani idzie

 - Dziekuje :)

 

Jestem wredna i chamska, ale dlaczego mam utrudniac sobie życie?

Pól roku temu zaczeliśmy zalatwianie, noclegi, szkółka dla dzieciaków, itp

Potem nagle się okazało, że jestem jakby w dwupaku. Stanęłam okoniem i oświadczyłam że w 5 miesiącu to ja nigdzie nie jadę. Po 2 tygodniach przegadywań, stanęło w końcu na moim.

Tydzień przed wyjazdem Młody przytachał ze szkoły na swoim czole przyjemne 39,5 st.C Jako matka przewrazliwiona, narzucilam małżowi obskoczenie trzech lekarzy. Ci jednogłośnie orzekli: WIRUS, czyli samo przyszło – samo pójdzie.

Dwa dni później (czyt 3 dni przed wyjazdem) córze się użaliło, przejęła wirusa na siebie.

Walka. Jeszcze nigdy nie byłam tak zdeterminowana, zeby wyleczyć trzódkę, w końcu tydzień błogiego lenistwa był zagrozony…

 

WCZORAJ

Podjęliśmy decyzję. Czelota zostaje w domu, wyjazd odwolany. Dziecka w placz, małż nos na kwintę, ja też nie pocieszona…

Późnym popołudniem jednak małż oświadczyl, ze do odważnych swiat należy, że gorączki juz nie mają, a z resztą sobie poradza na miejscu.

 

Z mieszanymi uczuciami, nie bedę udawać ze jest inaczej, zaczęłam czelotę szykować do wyjazdu.

Za 10 minut ich budzę.

 

 

Nie da się blenderem zastąpić ubijaczki do ziemniaków.


  • RSS