trzeciadziesiatka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2010

Cholera… usiadlam wczoraj z Młodymi, żeby film obejrzeć. W połowie filmu zaczęłam kichać i śmiałam się że mam katar w jednej dziurce.

Po filmie chusteczki poszły w ruch w ilości hurtowej, a dziś jestem jak ciapek. Ręką, nogą ruszyć mi ciężko… Co jest?

Coś jak kolejna improwizacja :D

Miałam tylko ogarnąć chatę, a tymczasem walczę ze szmata od poniedziałku i końca nie widać. Pomyłam 3/4 okien, czyli jakieś 25 :D, robię porządki w szafach i totalnie przemeblowalam swój gabinet. Czantoria zmieniła swoje położenie, teraz mam ja po lewej, a nie na wprost, jak do tej pory ;)

W niedzielę przyjezdżaja goście, więc muszę się pospieszyć jakby z końcem…

Uwielbiam improwizowanie w kuchni, ale pod warunkiem, że cos z tego wychodzi…

Wymysliłam sobie dziś na obiad muszle sw. Jakuba. Miałam nawet przepis. Rzuciłam okiem wczoraj na składniki i stwierdzilam, że wszystko mam. Od wczoraj ostrzylam na nie zęby.

Dziś przystapiłam do działania. Nie zauważylam, że w przepisie jest szczaw. Nie mam, ale mam szpinak w liściach. Ujdzie.

Szalotki… hmmm, nie mam. Dałam zwykłą cebulę. Twarożek zastąpilam jogurtem… (nie wiem jak wczoraj patrzylam na ten przepis :/)

Wrzuciłam muszle sw. Jakuba na patelnię, a te zaczęły smierdzieć… ale jak… Z mety wylądowały w smieciach. Co teraz?

Zamiast muszli na patelni wyladowały krewetki.

Na szybko dorobilam sos czosnkowy.

I tak oto zamiast muszli św. Jakuba ze szczawiem, zjedliśmy krewetki ze szpinakiem :/

Nie powiem, żeby w smaku powalały, ale zjadliwe było.

Honor zachowałam, ale czuje jakieś takie małe niezadowolenie …

Jutro kurczak. Tak poprostu.

 

Ps. Kiedy jedliśmy Garou zawodził z głośnika:

„…Everybody Knows that you’re in trouble…”  alez wyczucie.

Kawał

6 komentarzy

 
Rzadko to robie, ale tym razem muszę – poniekąd ku pamięci :) 

Przychodzi królik do apteki:
- 200 prezerwatyw poproszę Pani magister wydaje towar i mówi: 
- E… ale przepraszam, ale mamy tylko 199 sztuk.

Królik się zmarszczył. Spojrzał na panią magister z wyrzutem i mówi: 
- No dobra … biorę … ale uprzedzam, że z lekka mi Pani wieczór spierdoliła..

Wakacje udane. Facet, który w mailu pokazał się z nienajlepszej strony, w realu starał sie nadrobić pierwsze wrażenie. 

Apartament mieliśmy duzy, ok 70m2 z klimą, widokiem na morze, wielkim tarasem i w odległości 50m od plazy :D

Przed wyjazdem wynajełam samochód, planowalismy ambitne zwiedzanie, ale ciagłe 40stopni w cieniu skutecznie ostudziło (haha) nasze podróżnicze zapały.

W sumie zrobiliśmy sobie tylko 3 dni wycieczkowe. Trza tam raz jeszcze polecieć – jesienią, żeby pozwiedzać ;)

(zdjęcia niebawem)

Dziś rano (o szóstej) wsiadałam do samolotu i otulało mnie przyjemne 27 stopni C. Od kilku godzin siedzę w domu, gapię się za okno i nie mogę uwierzyć że leje a termometr pokazuje zaledwie 17 stopni :( Ja chce spowrotem… 

Przez 2 tygodnie wkurzały mnie 40stopniowe upały, a teraz mi ich brakuje…

Tak wiem, babie ciężko dogodzić.

Jak odeśpię wstawię jakieś zdjęcia i może nawey coś napiszę mądrego… Póki co nie śpię od jedynych 31 godzin. Nie powiem – ciekawe uczucie… zwłaszcza kiedy trzeba poprowadzić w takim stanie samochod…

Piję sobie dziś kawkę na tarasie rano. Pełnia szczęścia. A tu mi nagle rude coś po trawie śmiga.

Aparat w łapę i cyk, mam ją :) Dwa lata na skubaną po parku polowałam a ona sama do mnie przylazla :D

 

Photobucket

Fobia

2 komentarzy

Z wiekiem się pogłębia. Od trzech dni wymyślam różne scenariusze lotu, wszystkie kończą się tak samo…

Czy ja musze się tak bac latania?

Wiem, że straszne jest to co napiszę, ale uspokaja mnie mysl, ze lecimy wszyscy, ze jakby co (tfu, tfu) nie osierocę dzieci…

Gar obowiązkowo leci z nami, będzie mnie uspokajał podczas startu i lądowania (resztę jakoś znoszę). 

A jak jeszcze pomyślę, że miało być tak bezpiecznie, mielismy wyjechać tydzień temu i tłuc się przez całą Europe autem. Teraz leżalabym pewnie plackiem gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu i podziawiala samoloty z bezpiecznej perspektywy…  

Jedziemy na wakacje. Bez biura podróży.

Znalazłam apartament. Zabukowaliśmy samolot, wynajęliśmy samochód. Wszystko pochwytane.

Napisałam do gościa, który zajmuje się wynajmowaniem tychże apartamentów, jak tam dojechać z lotniska i w odpowiedzi dostalam, ze mam podać mu skąd wylatujemy, o której lądujemy, nr lotu itd. Bo jesli tego nie zrobię to nikt na nas nie bedzie czekał calymi dniami, klucze  mozemy sobie odebrac w biurze, które to czynne jest w soboty między 10 a 14 (my ladujemy o 14), a w niedziele jest zamkniete. Na końcu maila brakowalo mi tylko „spierdalaj”

No dobra. Chce – podałam. Staram sie byc miła, no i chce dostać ten klucz, nie? Nawet napisalam o której przewiduję zjawić się na miejscu, tylko niech mi zapoda ten adres.

I co gość na to? Podał mi adres strony z mapą i kazał sobie namierzyc ichniejsze biuro.

Kurwa.

Wchodzę na stronę i widzę dwa biura.

Piszę więc do niego, o które chodzi, bo nie chcę jeździć jak idiotka z miejsca na miejsce, nie znając terenu. I jeszcze raz proszę o konkretny adres pod którym będzie na nas czekał.

A on mi odpisał:



informacja jest 100 % wiarygodnosci , placoena
przez moja firne i gwaranhtowana w 100% . poprzez Google .Jakich 
zabezpieczen i potwierdzen oczekujecie Panstwo jeszcze
. Dosyc moich drobiazgowych
informacja. Prosze szanowac czas.


W kazdej hwili mozemy dokonac
cancelacji rezerwacjai bez skutków finansowych i prawnych.


Gały mi mało nie wypadły ze zdziwienia. O co mu chodzi? Aż zaczęłam się zastanawiać czy dobrze trafiłam wybierając akurat jego usługi.



EDIT: Facet przeprosił…



 

Po hiszpańsku, zupełnie nie znając tego jezyka. Ciekawe co spieprzyłam…


  • RSS