trzeciadziesiatka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2010

Może jeszcze nie doslownie nas, ale… Wszyscy znajomi maja większy lub mniejszy problem z wodą w domu. Woda wdziera się do piwnic, kotłowni i na partery. Zalana jest większość podwórek. Ulice sa nieprzejezdne.

Wczoraj wracając zastanawialiśmy się, czy wogóle damy radę dojechać do domu. Dojechaliśmy, ale dziś już ta droga którą jechaliśmy jest zalana. Nie mamy jak się wydostać z miasta. Pies przymusowo spędza dluższe wakacje u mojej mamy.

Dzwonilam dziś do szkoły i powiedziano mi, że lepiej jeśli dzieci zostałyby w domu. Zostały.

Przedszkola zalane (woda stoi na wysokośc połowy bramy wjazdowej), gimnazjum zalane, podstawówka też.

Ciągle leje i ma lać. 

 
Tak dziś wyglądała Wisła w Ustroniu 

http://s6.photobucket.com/albums/y214/Skrzaty/?action=view&current=P1030150.flv 

Było super!

Pogoda też w sumie dopisała.

Sam koncert SUPER. Kiedy nadszedł czas by koncert się zakończył, zespół zszedł ze sceny, a publika zaczęła wołać Garou. Wyszedł. Sam z gitarą. Przez kolejnych 40 minut śpiewał przy gitarze. To było coś niesamowitego. Kończył piosenkę i pytał co chcemy usłyszeć. Ludzie krzyczeli tytuły piosenek, albo śpiewali urywek, a on grał i śpiewał całość.

Po ok. 40 minutach na scene wrócił zespół i koncert trwał nadal.

Nie bylo w tym nic wymuszonego. Garou świetnie się bawił, widać było, ze przebywanie z publicznością daje mu niesamowicie dużo radości. Sporo mowil i żartował. Cały czas była wymiana zdań między nim a publiką. Nic, kompletnie nic podczas tego koncertu nie było na odwal się.

Z założenia koncert miał trwać do 22.30. My wyszliśmy z sali koncertowej krótko przez północą, a Garou ciagle śpiewał.

Po raz pierwszy w życiu bylam na takim koncercie i na 100% pojadę na jego koncert jeśli przyjedzie do Polski (nawet gdybym miała jechac na drugi koniec kraju)

Photobucket
Photobucket
Photobucket

Torba spakowana. Odwaga w kieszeni. Radość w plecaku. Ogólnie jestesmy gotowi.

No to w drogę.

 
Garouuuu, Paryżuuu – przybywam… Bój się :D 

 - Gufol jest pełnowartościowym mężczyzną? – zagadał wet.

 - Jak najbardziej – odpowiedziałam

 - A stwarza wam jakies problemy?

 - ???

 - No wiesz… w sensie… może ma jakąś ukochaną poduszkę…

 - A… – zatrybiłam – spoko. Kocha tylko swój kocyk i nasza Kicię.

 - Kicię?

 - Tak :D

 - A to luz…

 

 
I tak oto Gufol zostanie pełnowartosciowym mężczyzną raczej do końca swych dni :D 

No poprostu mnie pokręci… W kwietniu zadymił pierwszy raz. Śledziłam wszystko… uspokoiło się. Dlaczego znow dymi na kilka dni przed naszym lotem??

Zadzwoniłam dziś na informację na Okęcie. Miła pani powiedziała, że ma dyspozycje na dobę do przodu i nie jest mi wstanie udzielić informacji co będzie się dzialo w czwartek.

Zadzwonilam do małża:

 - Kotek, kupuję bilet na autokar i jade sama do Francji, tak jak chciałam na początku.

No i wyłuszczam całą sprawę.

 
 - Absolutnie, nie. Jedziemy wszyscy. Nawet gdybym musiał nas tam zawieźć autem. 

 

No dobra… ale i tak cala jestem w nerwach.

Po mailu z biura Gara (jestem realistką i mimo że mail opiewal podpisem Garou, to nie wierzę, że on osobiście naskrobał do mnie tych kilka zdań) odezwała się do mnie dziewczyna, która podpisuje się Delphine. Przedstawila mi się jako siostra piosenkarza, albo moze nie wprost… w jednym z pierwszych maili wyraziła się o nim „mój brat”…

Nie do końca w to wierzę, zakładam raczej, że jest to jakaś nawiedzona fanka (jeszcze bardziej niż ja :D ), mimo to korespondujemy sobie radośnie od jakiegoś czasu. Ona się spełnia (tak zakładam) przysyłając mi newsy z życia G. a ja mam możliwośc pisania w j. francuskim.

Fajnie.

Ostatnio jednak napisałam jej że nie do końca wierzę w jej pokrewieństwo z G. No i dostałam zdjęcia z jego młodości i wczesnej młodości. Mało tego przesyła mi zdjecia z jego prób, albo z szatni gdzie się przygotowuje do koncertu…

Namieszała mi w głowie…

Przystąpiłam wiec przedwczoraj do ostatecznego ataku. Napisałam kiedy będę w Paryżu i spytałam gdzie mogłabym zrobić sobie zdjęcie z G. :D (w końcu byłoby to spelnienie mloich marzeń) albo przynajmniej gdzie bedzie podpisywal płyty co by jakiś autograf zdobyć…

I wiecie co???

Nie odpisała….

 

Jakaż jestem zdziwiona…

Szukam coraz to ciekawszych książek, które mogłyby mi przybliżyć gramatykę francuską. Ostatnio w jednej z internetowych księgarń znalazłam książeczkę „Francuska gramatyka na wesoło”. Przy zabawie najwięcej rzeczy zostaje w głowie, ja do ponurakow raczej nie należę, wic od razu książkę zakupilam.

Dziś przywiózł ja kurier. Otwieram na pierwszej lepszej stronie i czytam przykłady zdań:

 

Mamusiu, czy to na tym drzewie powiesił się wujek Jacek?

Mamusiu, czy ci panowie przyszli zabrać trupa wujka Jacka?

 

Już zaczęłam się bać że to cala książka będzie w tym stylu. Przelecialam kilka kartek na szybko i jednak nie. Są też inne przykłady:

 

Pewien łajdak opowiada świństwa dziwce.

 

Są też przykłady zdań bardziej , ze tak się wyrażę, życiowe…

 

Czy dziadek pierdzi?

Jeszcze dwa piwa i padniemy.

Toto jest przeziębiony. Z jego nosa wypływa długi glut.

 

Jedno jest pewne. Takich wyrażeń nie nauczę się na zadnych zajęciach :)

 

Małż dopadł lodówkę i znalazł w niej miseczkę a w niej 3 zaschnięte rzodkiewki. Machinalnie wyrzucił je do kosza. Odkładając miskę, mowi:

 - Kurde, coś znalazłem w lodówce i ci wyrzucilem. Co to było? Wydaje mi się że ostatnio było tego więcej…

[Małż ma hopla na pukcie wyrzucania jedzenia. Wiedziałam, że jak się przyznam to będzie gadki na pół wieczoru. Jednak po jego tekście pojawiło się światełko w tunelu...]

 - Wyrzuciłeś?!?!?!?

 - Noooo, co to bylo…

 - Kurde, wiesz ile to kosztowało…? – idę w zaparte a małż kładzie coraz bardziej uszy po sobie

 - Ale co to bylo?

 - Wiesz, nie martw się, kupie znow

 - Ale co to było??

[Ech uparciuch...zaraz, czego może nie kojarzyc z wyglądu...]

 - anyżek [:/]

 - anyżek? Nie widzialem jeszcze – i zaczyna grzebać w koszu…

Znalazl, cholera. Zwiędłe rzodkiewki ni chuja nie wyglądają jak anyżek, nawet w połowie nie pachną tak jak anyżek i wogóle…

Tymczasem małż ogląda, podziwia i … wącha…

 - Mycha… – zaczął nieśmiało – a to nie sa czasem rzodkiewki?

 

Cholera…

Im bliżej wyjazdu, tym bardziej plącze mi się po głowie myśl… 

Może jednak tam zostać? Urwę się, zgubię, zapodzieję… Może nie zauważą?

Jechać i wrócić to jakby dać dziecku lizaka i zabrać zanim zdąrzy polizać. A jak tak nie lubię jak mi sie coś zabiera…


  • RSS