trzeciadziesiatka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Nie ma się właściwie czym chwalić. Poprostu odwaliłam dzis kolejny numer z serii „przefarbuj się na blond” (z całą sympatia do wszystkich blondynek)

A było to tak…

Młoda jest chora. Zawinęłyśmy więc z rana do lekarza, potem zmiana dzieciaków. Córa do domu, syn na testy.
Ponieważ Mlody niecierpi zakupów, po testach odwiozlam go do chaty a sama do apteki.
Wykupiłam recepty i już miałam wracać do domu, gdy nagle dojrzałam sklep z ciuchami… No zajmie mi to przeciez minutkę.

Sklep jest samoobslugowy. Zostawiłam więc siatkę z lekami w szafce, kluczyk wrzuciłam do kieszeni i szuuuuu miedzy półki.
No dobra, zajęło mi to trochę więcej niż minutkę, ile dokładnie nie wiem… ale kiedy wrócilam do auta czegoś mi brakowało….

 - O ja debilka – zbeształam się w myślach, palnęłam łapą w czoło – zostawiłam w sklepie lekarstwa.

Lecę więc spowrotem na ciuchy.
Latam jak pokręcona między półkami. Sprzedawczynie patrza na mnie jak na debilkę (nawiasem mówiąc tak się czulam) Siatki z lekami niema!

Myślę sobie „może jednak mam je w aucie???” Spowrotem po schodach na parking. Nie w aucie jednak nie ma….

Siadłam na krawężniku i wymyślilam…
„Są dwa wyjścia. Albo mi ktoś buchnął te lekarstwa, albo przyłożyłam je ciuchami, kiedy je oglądałam”

Lecę spowrotem do sklepu.
Od razu laduję się w ciuchy. Nie ma. Zaczęłam przekładać spodnie… nie ma… bluzy… nie ma…

 - Moge w czymś pani pomóc?  podeszla mila sprzedawczyni – Czego pani szuka?
 - Lekarstw
(„Zwariowała” – jej wzrok mowil dokładnie co myślała o mnie)
 - Lekarstw? – powtórzyła nieśmialo
 - Mhm, miałam jednorazówkę całą wypełnioną lekami. Antybiotyk dla corki, antyalergiczne dla syna – dodalam szybko żeby nie było wątpliwości…
 - Ale kiedy pani tu wchodziła PO RAZ PIERWSZY nie miala pani niczego w rękach. Może wlożyła pani reklamowkę do szafki

„O ja głupia pipa” – pomyslałam, a na głos dodałam:
 - Nie, przecież bym pamiętała… Moze zostawilam w sklepie obok.

I grzecznie się wycofałam, przepraszając za zamieszanie. Odczekałam aż wszystkie sprzedawczynie zniknęły mi z pola widzenia i wyjęłam reklamówkę z szafki i czym prędzej do domu…

No idiotka ze mnie kompletna…

Z racji dietowania piję sporo więcej wody niż zwykle. To oczywiście powoduje częstsze wizyty w wiadomym miejscu.
Wieczorem:
 - Już mnie bolą nogi z tego ciąglego łażenia do kibelka – zażartowałam
 - Jest na to sposob – odparl mi mój małż
 - Jaki??
 - No w reklamie słyszałem, jak to było? „90% cierpi na nietrzymanie moczu…” Pomaga… stoperan, czy coś podobnego…

Wykończy mnie kiedyś. Jak tylko kiedyś stracę, chociaż na chwilę samokontrolę, to poprostu mnie wykonczy. Nieświadomie i w dobrej wierze :)

Na zdrowie

Brak komentarzy

Rozkichałam się. Szło mi naprawdę wyśmienicie…

 - Psik
 - Na zdrowie
 - Dzięki

 - Psik
 - Jeszcze raz
 - Dzięki

 - Psik
 - Teraz już przesadzasz…

Allegro

6 komentarzy

Uwielbiam niektórych ludzi z allegro. Boscy są.

Umyśliłam sobie, że pokombinuje i zrobię córze kolczyki. Znalazłam wkrętki i znalazłam śliczne różyczki metalowe. Jedno i drugie na allegro.
Niestety, gośc od różyczek nie podał ich rozmiaru. Napisałam więc maila.

Nasza korespondencja wygląda tak:

Ja:

Witam, jakie duże są te różyczki?

Sprzedawca:

Witam!
Różyczki są dość duże

Kuźwa…. No to mi pomógł.
Mam zasadę w życiu, z debilami nie gadam, jednak tym razem mu odpisałam:

Ja:

Witam, dziękuję za odpowiedź. W takim razie nie kupię, bo potrzebuję takie w sam raz…

Na razie na tym nasz miły dialog się zakończył.

Pewnego sierpniowego dnia, dwie matki zabrały swe czelotki i pognały ile sił w nogach na Czantorię, nie zważając na prognozy pogody. Kiedy szczyt zostal zdobyty i czelotka pałaszowała tak zwany suchy prowiant, nagle piekny widok gdzieś znikł a wszystko do okoła powiły ciemne chmury. Dosłownie. Wyglądalo to jakby nadciągnęła szarobura mgła.
To był moment. Lunęło. I to jak.

Dzwoni mi telefon (aż cud, bo jedyna kreska zasięgu co chwilę mi uciekała). Mąż:

 - Jak tam u was, bo ja Czantorii wogóle z domu nie widzę. Spowiły je chmury.
 - U nas też Czantorii nie widać.
 - Może przyjade po was?
 - Kochanie, auto mam na parkingu, na górę wjechać się nie da. Daj spokoj.
 - Ale przywiozę wam jakieś kurtki, czy coś…
( tu trzeba wspomnieć, że ja, czyli gwiazda nr1 nie wziełam ani kurtki ani peleryny ani nic)
 - Nie kochanie, nie musisz. Poradzimy sobie.

Leje nadal.

Po 30 min. deszcz zelzał na tyle, że moglam śmignąć do budki (tak na szczycie sa budki :) ) i kupić peleryny vel worki na smieci, pojemność ok 120l.

Schodzimy. Humory nam dopisują. Ja prawie sikam na nasz widok w worach.

Nagle cud nr dwa – znow dzwoni mi telefon:

 - Gdzie jesteście?
 - Schodzimy. Idziemy w stronę kolejki.
 - O to super, bo balem się, że się nie znajdziemy.

Nagle z chmur (tak szliśmy w chmurach, zero widoczności) wyłania się mój mąż (cud numer 3).
Na plechach ma wielką torbę podróżną, zalożoną jak plecak a w niej:
 - 5 kurtek
 - 5 swetrów
 - suchary
 - woda mineralna
 - koc
 - 2 latarki

W domu się przyznał. Zakładal, że czeka nas nocleg na Czantorii.

Marzyła mu się męska przygoda, a to przecież babskie wyjście było ;)

Bordeaux

1 komentarz

Stoję w kolejce i omiatam wzrokiem półkę z alkoholami. Bordeaux, tak, to jest to czego mi dziś brakuje.
Moja kolej, mówię więc:
 - Czy to bordo jest słodkie  czy wytrawne? (specjalnie piszę jak mówię, żeby dowcip był pikantniejszy)
 - Nie ma bordo…

[Patrzę na dwa rodzaje w/w wina i nijak nie przekłada mi się to na to co slyszę]
 - Nie ma?
 - Nie
 - To co ja tam widzę? (pokazuję sprzedawczyni 2 rodzaje bordeaux)
 - To wino to nie jest bordo, tylko B O R D E A U X i jest wytrawne. – wytłumaczyła mi z wyższością pani za ladą.


  • RSS