trzeciadziesiatka blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Opitoliłam psa. Własnego, żeby nie  było ;)
Nagle okazalo się, że z racji wielkości uszu, jest bardziej podobny do nietoprzerza niż do szczekajacego czworonoga. Nic to, odrosną mu…

Do sąsiadki przyjechała córka z przepieknym goldenem. Pies mógłby śmialo być pokazywany jako wzor wzorow tej rasy.

Spotkałysmy się na spacerze. Pani nachyliła się nad moim nietoprerzem:

 - O jaki ładny piesek – zaczęła – i chyba świeżo od fryzjera wrócił
 - Mama sama go obcinala – pochwaliły się dzieci
 - Naprawdę?!?!?! – zdziwiła się córka sąsiadki

[daję głowę, że w duchu pomyślała "Widać"]

 - tak, naprawdę
 - Bardzo..hmm… profesjonalnie
 - Dziękuję – grzecznie odpowiedziałam, prawie parskając śmiechem i pomyslalam…

(jasne, że ja. Każdego psa potrafię tak obciąć. Tego pięknego goldena też. ) Nasz nietoperz aktualnie wygląda tak:


… do którego gada.
Ja ostatnio mam sporo takich roslinek.
Rodzina patrzyła na mnie z lekkim usmiechem, kiedy zachęcałam malinojeżynę by wykiełkowała. Udało się. Nie dość że wykiełkowała, to jeszcze wypuściła dwa pędy, a te rosna jak szalone. :D

W maju posadziłam wierzbę i biedna taka stala, zupełnie goluteńka. Chodziłam do niej, doglądałam codziennie, aż któregoś dnia pomamrotałam pod nosem, że jak nie wypuści listków to ją wykopie i wsadze tam świerka.
Możecie wierzyć albo nie, ale na drugi dzień pojawiły się listki.:D

Opowiedzialam wczoraj wieczorem o tym mężowi.

Dziś rano szykuję śniadanie, do kuchni wchodzi mój małż:
 - Oooo, widzę papryczko ze jednak postanowiłaś zawiązać sobie owoce. No ładnie, ładnie…
[Odwracam się i widzę mojego męża nachylonego nad malutkim krzaczkiem peperoni]
 - Ale jakaś taka mizerna jesteś…. kwiatków mało masz no i pewnie będziesz potwornie ostra… – kontynuuje mąż

Uśmiechnęłam sie z wyrozumiałością i wróciłam do robienia śniadania. Mąż podszedł do mnie, stanął tyłem do papryczki i pyta szeptem:
 - Dobrze było?

Wybuchnęłam śmiechem…
 - Przestań się smiac kobieto!!! Zdekonspirujesz nas…

Psiowy nasz zawsze asystuje mi w kuchni. Robi to tym chetniej, że zwykle „przez przypadek” spadają przy nim co smakowitsze kąski. (aż dziw że jeszcze potrafi chodzić)
Doszlo ostatnio do tego, że jak tylko pojawiam sie w kuchni, to pies jest natychmiast przy mnie i jesli nie staję przy magicznej szafce to szuka sobie grzecznie okruszkow po kątach.
 - Już wiem dlaczego tak się upierałaś, zeby kupić psa – z rana oświeciło mi męża – dzieki temu możesz wycierać podlogę raz w tygodniu
 - Świnia – odgryzam się od razu – Nie sądzisz że i tobie trzebaby kupić jakiegoś zwierza, żeby ci sprzatał w gabinecie?
 - Daj się kupić…
 - Nie stać cię!
 - Świnia.

:D

Festyn

Brak komentarzy

 - Prosze państwa, w sobotę będzie festyn szkolny. Tradycją już jest, że mamy pieką ciasta z tej okazji, które potem są sprzedawane na tymże festynie. Co roku każda klasa piecze 4 ciasta. Które z pań mogłyby podjąć się pieczenia? – miło zagaiła wychowawczyni Sebka na ostatnim zebraniu.
Wszystkie mamy jak jeden mąż nagle zobaczyly coś bardzo ciekawego na suficie. Te które znudziły się widokiem sufitu, nagle miały sporo do powiedzenia swojemu dziecku (to było zebranie połączone z występami dzieci z  okazji dnia matki).
Generalnie nastąpiła krępująca cisza.
Słychać bylo tylko muchę latającą tu i ówdzie, i mojego syna, który nagle wypalił:
 - Moja mama piecze pyszne ciasta, mogłaby upiec jakieś…
 - Zgadza się pani? – spytała miło wychowawczyni…
Co było robić… Zgodzilam się.
Potem inne dzieci też nie chciały być gorsze i równiez wychwalały swoje mamusie pod niebiosa. Tak więc 4 ochotniczki zostaly zgłoszone.

***

Jutro festyn.
Właśnie upiekłam ciasto.
Ciasto pewniak, ZAWSZE wychodzi-ŁO. Dziś cholerka nie.
Znaczy się wyszło. Smaczne jest, ale jakoś zapomniało wyrosnąć.
Z jednej strony ma cały centymetr a zdrugiej pół.

Cholercia.

Piekę drugie.

Trzymać kciuki co by wyszło, bo więcej składników nie mam.

Młoda z racji przeprowadzki zmieniła przedszkole. Przez ostatni rok dowiedziałam się, że:
 - nie muszę wiedzieć na bieżąco co dzieci robia w przedszkolu, bo przecież pod koniec każdego miesiąca moge kupić sobie gazetkę i tam sie dowiem co i jak,
 - dzieci nie mają prawa mieć swoich smakow. Dzieci mają obowiązek jedzenia wszystkiego co panie kucharki ugotuja, nawet gdyby potem miały wymiotować (dzieci, nie kucharki),
 - dzieci nie mogą wchodzić po schodach na „czworaka”, bo panie z wrzaskiem szarpiąc za ciuchy sprowadzą dzieciaka na dół by ten mogł wejść na górę jak człowiek,
 - bardzo skuteczna karą jest nie wypuszczenie jednego czy kilkorga dzieci na dwór, gdy na dworze jest gorąco, bo… rozmawiało albo za szybko biegało
 - jeszcze skuteczniejszą kara jest zmuszanie dziewczynek by te nosiły dzidziusiowe czapeczki, a chłopców by zakładali spodniczki
 - dziecko nawet z najwyższą temperaturą i największym bólem zęba jest w stanie funkcjonować dokładnie tak samo jak dziecko zdrowe i zupełnie spokojnie moze poczekać aż mama/tata je odbierze. (panie nie widza potrzeby dzwonienia po rodzica)
 - dziecko może odebrać każdy

Jak mi się coś przypomni to jeszcze dodam.

Szczytem wszystkiego jest wczorajsza opowieść Młodej.
Otóż:

Wczoraj w przedszkolu, z okazji dnia dziecka organizowane były całodzienne zawody. Każda grupa musiała byc ubrana na jakiś konkretny kolor, a wszystko po to by uwolnić księżniczkę z rąk smoka.
Przed przyjsciem rodziców PANI DYREKTOR z panią kucharką wyszły podobno za drzwi by sprawdzić czy smok dał za wygrana.
Po czym PANI DYREKTOR wróciła oznajmiając dzieciom:
 - Widziałam smoka, był straszny, była taki straszny ze aż sie posikałam ze strachu a teraz majtki mi się slizgają!

KURWA MAĆ (to moj komentarz)


  • RSS